Grunt to się pokazać?

http://humanresourcetalks.files.wordpress.com/2012/07/untitled2.png
Wygląda na to, że skandaliczna, walijska, pomarańczowa ulotka to dopiero zapowiedź paskudnych zmian, do których dojdzie na pokryzysowym rynku pracy i edukacji.

W połowie października do rąk walijskich rodziców dotarła niewielka ulotka i natychmiast wywołała rosnącą falę złości i oburzenia.

Dokumencik nosi tytuł „A parents guide to managing sickness absence from school” i ma być poradnikiem dla rodziców - jak unikać dziecięcych nieobecności w szkole.

Tymczasem, zamiast pomóc, doprowadził rodziców do szewskiej pasji. W poradniku można znaleźć wykaz chorób, które nie uprawniają dziecka do pozostania w domu. I tak – walijski maluch musi pójść do szkoły z wysoką gorączką spowodowaną zapaleniem gardła lub mononukleozą zakaźną.

Do nieobecności nie uprawnia rumień zakaźny, o którym nota bene, sam przewodnik pisze, że jest niebezpieczny dla dzieci z obniżoną odpornością i kobiet w ciąży.

Falę oburzenia i ostrych dyskusji wywołało zalecenie, aby posyłać do szkół dzieci z wirusowym zapaleniem spojówek, owsikami i wszawicą. Wściekli rodzice piszą, że opanowanie szkolnej plagi wszy ludzkiej jest od lat niemożliwe właśnie dlatego, że maluchy nie zostają w domach do czasu usunięcia problemu.

Ulotka określa również maksymalny czas pozostawania dziecka w domu w przypadku takich chorób jak: ospa wietrzna, krztusiec, świnka, odra i różyczka. W tych przypadkach czas zdrowienia nie może być dłuższy niż 5 dni.

Rzecznik prasowy hrabstwa Rhondda Cynon Taff deklaruje, że zalecenia pochodzą od uznanych autorytetów - popiera je Ministerstwo Zdrowia i wyższe uczelnie medyczne.

Dla Zdzisławy Kycler (doktora nauk medycznych, pediatry i alergologa) pomysł, by z góry określać czas dochodzenia dziecka do zdrowia jest niehumanitarny. Dziecko w wysoką gorączką (niezależnie od jej podłoża) nie jest w stanie aktywnie uczestniczyć w lekcji. Zdaniem lekarza autorzy dokumentu najwyraźniej brali pod uwagę wyłącznie względy epidemiologiczne, dobro i komfort dziecka nie było brane pod uwagę.

Walijskie próby systemowych rozwiązań dotyczących chorobowych nieobecności w szkołach, świetnie wpisują się w pewne niepokojące zjawisko coraz wyraźniej obecne na polskim i zachodnim rynku pracy i edukacji.

Z angielskiego – presenteism

Prezenteizm jest przeciwieństwem absencji i zgodnie z definicją (najpopularniejszą w naukach o zarządzaniu) Aronsona, Gustafssona i Dallnera – oznacza „chodzenie do pracy pomimo choroby lub innych obiektywnych powodów do nieobecności”.

Do niedawna przysłowiowym oczkiem w głowie badaczy produktywności pracowniczej były sposoby minimalizowania skutków absencji pracowniczych. Dominował pogląd, że nieobecny pracownik (niezależnie od powodu) jest przyczyną strat materialnych i zaburzeń w cyklach pracy.

Pracownicy z podwyższonym wskaźnikiem absencji byli (i są nadal) napiętnowani jako gorsi i często karani finansowo.

Pogląd o szkodliwości absencji w pracy i szkole ma swoje źródła jeszcze w początkach kapitalizmu. Pracownik nieobecny przy taśmie produkcyjnej był przyczyną strat materialnych i rujnował proces produkcji.

Od czasów rewolucji przemysłowej i rodzącego się kapitalizmu nauczyliśmy się radzić sobie z absencją pracowniczą. Wypracowaliśmy prawo do urlopów, zwolnień lekarskich i płatnej opieki nad chorymi dziećmi. Znacznie gorzej radzimy sobie ze skutkami prezenteizmu - emocjonalnej i intelektualnej nieobecności w pracy.

Z badań wynika, że praca pomimo choroby własnej, dziecka lub osoby bliskiej, nad którą sprawujemy opiekę, przynosi spadek produktywności i straty na poziomie 150 miliardów dolarów rocznie (dane z USA).

Ogromnym zaskoczeniem badaczy jest fakt, że koszty pracowniczego unikania zwolnień chorobowych i opiekuńczych są ponad siedmiokrotnie wyższe niż straty z tytułu nieobecności w pracy.

Naukowcy apelują do rządów i pracodawców o taką zmianę prawa, by chory pracownik, jego dziecko lub członek rodziny mieli szansę na pełny powrót do zdrowia i rekonwalescencję.

Niestety, głosy rozsądku trafiają w próżnię. Przegrywają z polityką i brutalną ekonomią. Od kryzysu z 2008 roku negatywne zjawiska na rynkach pracy jeszcze się pogłębiają. Od rosnącego bezrobocia, przez powszechność prac kontraktowych i umów-zleceń aż po wymuszoną mobilność zawodową i emigracje zarobkowe.

Żadne z tych zjawisk nie sprzyja ani działaniom pro-pracowniczym, ani zmianie prawa pracy, np. w zakresie wydłużenia czasu opieki nad chorymi dziećmi.

Neoliberalne rządy nie tylko nie chronią praw pracowników do przerw chorobowych i rekonwalescencji, ale również obcinają świadczenia pielęgnacyjne na dzieci chore i niepełnosprawne. O prawnej ochronie osób opiekujących się, np. obłożnie chorymi rodzicami nawet nie warto wspominać.

Nadchodzi nowe

Wygląda na to, że skandaliczna, walijska ulotka to dopiero zapowiedź paskudnych zmian, do których dojdzie na pokryzysowym rynku pracy i edukacji.

Ograniczanie praw pracowników do przerw, odpoczynku i rekonwalescencji, finansowe kary nawet za uzasadnione nieobecności w pracy, groźba zwolnienia, wysokie bezrobocie w całej Europie nie zwiększają bezpieczeństwa zatrudnienia.

Rodzic zaniepokojony o przyszłość, w obawie przed zwolnieniem zapewne pośle swoje chore dziecko do szkoły. Jeśli upowszechnią się walijskie rozwiązania - szkoły staną się przechowalnią chorób i nieludzkiego traktowania dzieci. Wszystko w mocy prawa i z niemym przyzwoleniem pracodawców.

Dreszcz przerażenia budzi myśl, że pierwsze poważne koszty nowego porządku ponoszą dzieci. Maluchy stają się zakładnikami polityków, pracodawców, nieodpowiedzialnych (bo nieszczepiących) rodziców i naszej wspólnej bezradności wobec prymitywnego, skrajnie wymagającego rynku pracy.

Do poczytania:

Test – Czy lubisz swoją pracę?

A parents guide to MANAGING SICKNESS ABSENCE FROM SCHOOL

Paul Hemp: Presenteeism: At Work—But Out of It.
Trwa ładowanie komentarzy...