O autorze
Jestem trenerem, doradcą i konsultantem z zakresu Strategicznego ZZL. Projektuję i wdrażam Systemy Zarządzania Zasobami Ludzkimi w Instytucjach Publicznych. Specjalizuję się w przygotowywaniu i przeprowadzaniu rekrutacji pracowników instytucji Unii Europejskiej.
Prowadzę serwis internetowy o rynku pracy, rekrutacjach i konkursach dla kandydatów do pracy w Instytucjach Unijnych.

Mieszkam i pracuję w Brukseli.

Serdecznie zapraszam na rymszewicz.eu

Władza zawodowa

http://www.thesaleslion.com/wp-content/uploads/2011/05/blog-time-dedication.jpg
Brak kadencyjności sprawowania urzędów oznacza, że starannie pielęgnujemy patologie rodem z PRL-u, kiedy władzę sprawowało się dożywotnio, a w rubryce zawód z nonszalancją wpisywało „dyrektor”. Od czasów dożywotnich dyrektorów minęło 25 lat, a my wyhodowaliśmy dożywotnich „sprawujących władzę”.

Rekordziści w wygodnych fotelach

Na 18 największych miast Polski, aż 10 prezydentów sprawuje władzę dłużej niż przez dwie kadencje. Prezydenci Gdańska, Poznania, Gorzowa Wielkopolskiego i Katowic rządzą bez przerwy od 1998 roku. W Toruniu, Wrocławiu, Opolu i Kielcach władza nie zmieniła się od 2002 roku. W Warszawie, Szczecinie, Białymstoku i Zielonej Górze władza nie zmieniła się od 2006 i jak jeden mąż startuje w tegorocznych wyborach.



Nie ma w tym niczego zdrożnego tak długo dopóki władza nie usypia włodarzy, ośrodki kwitną, a mieszkańcy są zadowoleni. Jednak co sądzić o sytuacji, w której wyraźnie widać degradację miasta (niszczejące, zaniedbane centrum z powszechnymi klubami ze striptizem i płatnym seksem), inwestycje ograniczają się do budowy kolejnych centrów handlowych (zamiast terenów zielonych, teatrów, bibliotek i domów kultury), a mieszkańcy głośno narzekają, że w społeczności dobrze czują się tylko handlowcy i deweloperzy?

Jak w sytuacji porażek władzy, wyjaśnić tę powtarzalność zwycięskich nazwisk w wyborach?

Największą siłą władzy jest jej magnetyzm. Władza przyciąga przyjaciół, pieniądze sprawczość i kontrolę. Władza ułatwia tworzenie klubów poparcia. Najlepiej wiedzą o tym długoletni „Sprawujący”. Ich kadencja zasadniczo dzieli się na kilka stałych etapów:

Etap I: Już po wyborach – świętujemy.
Etap II: W międzyczasie - budujemy koalicję.
Etap III: Przed wyborami – trwamy w oczekiwaniu, czy będzie świętowanie.

Aby wygrać kolejne wybory trzeba dobrze wiedzieć z kim świętować, budować koalicję i trwać w oczekiwaniu. Przecież w polskich realiach samorządowych nie da się rządzić inaczej jak tylko w myśl zasady „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”.

Taką strategię z wieloletnim sukcesem przyjmuje prezydent pewnego dużego miasta, w którym tuż przed 1 listopada, w centrum Starego Rynku, na frontonie remontowanej, zabytkowej kamienicy, naprzeciwko ratusza zawisła gigantyczna płachta z twarzą Chrystusa. Wieść gminna głosi, że wisi „ku przestrodze rozbawionych alkoholem klientów miejscowych domów publicznych”.

Zarząd miasta pozwalając na instalację nie pomyślał o uczuciach niewierzących mieszkańców. Podobnie jak nie myśli o obywatelach zezwalając na kolejne otwarcia domów uciech.

Chrystus dla moralistów, kuszące przybytki dla grzeszników. Wszyscy są zadowoleni. Tylko przeciętni obywatele uciekają na obrzeża, gdzie nocne krzyki rozbawionych pod czujnym okiem Chrystusa, nie będą przeszkadzać dzieciom w spokojnym śnie.

Przestrzeganie zasady świeczki i ogarka pozwala przetrwać, budować lokalne koalicje i w spokoju dzierżyć władzę aż do emerytury.

Niezatrudnialni „sprawujący władzę”

Profesor, Andrzej Piasecki z krakowskiej Katedry Samorządu Terytorialnego, Uniwersytetu Pedagogicznego powiedział w jednym z wywiadów, że wieloletnia władza skupiona w jednych rękach to nie jest demokracja, tylko skostnienie i stagnacja.

W psychologii pracy, przyjmuje się, że po mniej więcej 5 latach spędzonych w jednej firmie i na jednym stanowisku, dają się we znaki pierwsze syndromy zespołu wypalenia zawodowego.

Brak potrzeby zmian, poszukiwania nowych rozwiązań i sposobów pracy to tylko niektóre z objawów. Na jaką kreatywność, innowacyjność i otwarcie na zmiany możemy liczyć u prezydenta, burmistrza i wójta, który piastuje stanowisko nieprzerwanie od końca ubiegłego wieku?

Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że z czysto ludzkiego punktu widzenia trudno się dziwić, że zarządzający samorządami tak niechętnie rozstają się ze stanowiskami.

Przecież - co po stracie pracy, wpisze w CV długoletni prezydent lub burmistrz? Jaka funkcja zaspokoi rozbudzone ambicje przywykłe do prestiżu i przyzwoitej pensji?

Kłopot z nową pracą będzie tym większy, im mniejsze środowisko i ograniczony miejscowy rynek pracy. Zresztą, polski rynek pracy bywa bezwzględny dla czterdziesto i pięćdziesięciolatków, którzy większość życia zawodowego spędzili w jednej firmie, na niezmienionym stanowisku. Z punktu widzenia pracodawcy przeciętny wieloletni „sprawujący władzę” jest po prostu niezatrudnialny.

Lekarstwem na niewymienialność władz samorządowych oraz inercję decyzyjną wyborców mogłaby być kadencyjność sprawowania władzy. Jej brak szokuje tym bardziej, że w zdrowym systemie demokratycznym wszyscy obywatele są równi np. wobec zasad wykonywania pracy i stosunku do niej. Wszyscy podlegają takiej samej ocenie i brutalnym zasadom rynku.

Brak kadencyjności oznacza, że starannie pielęgnujemy patologie rodem z PRL-u, kiedy to władzę sprawowało się dożywotnio, a w rubryce zawód z nonszalancją wpisywało - „dyrektor”. Od czasów dożywotnich dyrektorów minęło 25 lat, a my wyhodowaliśmy sobie dożywotnich „sprawujących władzę”.

I póki co na nic zdają się głosy, że wieczni „sprawujący” z upływem czasu obrastają w arogancję, są odporni na krytykę, otaczają się lokalnym dworem i pieniędzmi. Na nic zdają się głosy, że system rodzi patologie – nepotyzm i często korupcje.

Na nic zdają się reporterskie głosy o powiązanych z lokalną władzą bezkarnych dyrektorach szkół, szpitali, Ośrodków Pomocy Społecznej i domach dziecka. Ta bezkarność i arogancja jest na stałe przypisana do władzy samorządowej sprawowanej dłużej niż dwie kadencje.

Powtórzmy jeszcze raz

Na prezydentów 18 największych miast w Polsce, 10 sprawuje władzę dłużej niż 8 lat. W samej tylko Wielkopolsce wybory z 2010 roku wymieniły zaledwie 16 wójtów i burmistrzów na 297 urzędujących. Co, przy tak małej wymienialności władzy, dzieje się w reszcie Polski gminnej i powiatowej?

Pewnie powiecie, że takie są prawa demokracji, w której decyduje wybór większości (choćby był nietrafiony i nielogiczny). I tu zgoda.

Zastanawiam się tylko, dlaczego nie wołamy głośno i wyraźnie o kadencyjność sprawowania władzy poselskiej i samorządowej?

Dlaczego tak często dajemy mandat władzy nieudolnej i zasiedziałej? Dlaczego w warunkach demokracji dobrowolnie tworzymy elity uprzywilejowanych – odpornych na krytykę, aroganckich, nie liczących się z dobrem obywateli? Dlaczego dobrowolnie wyłączamy spod praw i zasad rynku pracy polityków i samorządowców, których nota bene, opłacamy z własnych podatków?
Trwa ładowanie komentarzy...